logotyp
GMINA KSAWERÓW
ZOBACZ / ZAMIESZKAJ / ZAINWESTUJ

Wrzesień 1939 r.

Gdy w Pabianicach polscy żołnierze zaciekle walczyli z najeźdźcą, niszcząc 18 czołgów wroga, w Ksawerowie szykowano na nich zasadzkę. 6 września 1939 r. po południu uwijali się przy tym koloniści niemieckiego pochodzenia, przeszkoleni w działaniach dywersyjnych. Wehrmacht, który miał stałą łączność radiową z dywersantami, wyznaczał im zadania i ustalał szczegóły akcji.

Czarno-białe zdjęcie przedstawiające żołnierzy w hełmach siedzących z bronią na poboczu drogi. W tle widoczny czarny dym

Pierwszym zadaniem dywersantów było przygotowanie stanowisk dla 6-8 ciężkich karabinów maszynowych i moździerzy. Ukryte cekaemy miały stanąć wzdłuż szosy z Pabianic do Łodzi, którą – jak zakładali Niemcy – będzie się wycofywać polskie wojsko. Do stanowisk karabinów i moździerzy dywersanci mieli niepostrzeżenie podprowadzić żołnierzy nadciągającego od zachodu 55. pułku 17. Dywizji Piechoty Wehrmachtu. Żołnierze ci dostali rozkaz przedostać się do Ksawerowa po zmroku z dwóch stron: pierwsza grupa pieszo przez Rypułtowice, druga - na lekkich motocyklach i rowerach przez Wolę Zaradzyńską.

Według Zenona Grottela, harcerza pabianickich Szarych Szeregów, 6 września mieszkający blisko szosy Polak, Roman Łukaszewski, obserwował dwóch niemieckich kolonistów dźwigających ciężki karabin maszynowy w stronę drogi do Łodzi. Dywersanci nosili też skrzynki z amunicją. Historyk Alicja Dopart utrzymuje, że w przygotowanie zasadzki angażowali się: Oskar Ulrich z Ksawerowa, Gustaw Weber z Woli Zaradzyńskiej i Franz Nobel.

7 września przed świtem na ksawerowskie pola wjechali polscy żołnierze z 28. pułku artylerii lekkiej. Rozstawiali baterie haubic. Po 8:00 haubice ostrzelały niemieckie stanowiska na przedpolach Pabianic – w okolicach Chechła i parku Wolności. Biły celnie. Pociski trafiły m.in. w gniazdo karabinów maszynowych i rozerwały wóz pancerny Wehrmachtu.

Kwadrans później haubice musiano wycofać, gdyż znalazły się pod ostrzałem wroga. Pociski nadlatywały od strony stanowisk niemieckiej artylerii rozlokowanej pod Chechłem. W naprowadzaniu ich na cel pomagali dywersanci z Ksawerowa i Woli Zaradzyńskiej, meldując przez radiostację, gdzie stoją polskie haubice.

Czarno-białe zdjęcie żołnierzy z bronią. Leżą obok zasieków z gałęzi

Kilka kilometrów stąd rozpoczął się bój o Pabianice. Na broniące miasta jednostki: 15. pułk piechoty „Wilków” z Dęblina, 28. pułk artylerii lekkiej i 72. pułk piechoty, wchodzące w skład 28. Dywizji Piechoty, nacierały czołgi i samochody pancerne. Nie mogąc przełamać obrony, Niemcy rzucili do walki 3900 esesmanów z doborowej jednostki pancerno-motorowej Leibstandarte SS Adolf Hitler, nazywanej przyboczną gwardię führera. Był to „chrzest bojowy” gwardii, utrwalany na propagandowych zdjęciach przez fotografów specjalnie sprowadzonych z Berlina. Nieudany, gdyż młodzi esesmani nie dali rady polskim piechurom, tracąc dwa wozy pancerne i kilkunastu żołnierzy. Na tym odcinku walk front się załamywał. Spod Karsznic ściągano odsiecz - 55. pułk piechoty Wehrmachtu wsparty czołgami.

Wieczorem wykrwawione „Wilki” dostały rozkaz wycofania się w kierunku Łodzi. Żołnierze mieli zbiórkę na ulicach Zamkowej i Warszawskiej. Około 21:00 pomaszerowali w dwóch kolumnach, poprzedzonych zwiadem cyklistów pod komendą podporucznika Zbigniewa Marcinkowskiego.

Kolumna główna z artylerią i taborami miała maszerować przez Ksawerów i Rudę Pabianicką. Zamykał ją zdobyty przy cmentarzu niemiecki czołg Panzer 1, prowadzony przez sierżanta Władysława Walczaka. Karabiny maszynowe czołgu obsługiwał kapral Mazurkiewicz z plutonu pionierów. Kolumna druga, z baterią haubic i kompanią przeciwpancerną, maszerowała przez Łaskowice. Za żołnierzami szli cywile ciągnący wózki z dobytkiem – rodziny uciekające przed hitlerowcami.

Tymczasem niemieccy grenadierzy na lekkich motocyklach i rowerach przedostali się do Ksawerowa od strony Woli Zaradzyńskiej. Dywersanci poprowadzili ich ku stanowiskom karabinów maszynowych przy szosie. Druga grupa Niemców przedzierała się przez Rypułtowice i Widzew. Potwierdzają to relacje oficerów i żołnierzy 55. pułku piechoty Wehrmachtu, przytoczone w książce Franza Kurowskiego „Fränkische Infanterie”. Niemcy napisali: „Pierwsza kompania dotarła do strumyka w Rypułtowicach i wkrótce osiągnęła Widzew. Krótki odpoczynek, potem skokami przez żywopłoty i między drzewami do Ksawerowa”.

Zdjęcie w sepii przedstawiające dwóch żołnierzy na motocyklach

O tym, że główne role w ksawerowskiej zasadzce na Polaków odegrali żołnierze Wehrmachtu, a nie miejscowi dywersanci, pisze też Maciej Zbigniew Jaśniewski w pracy historycznej pt. „Działania 15. pułku piechoty Wilków w dniach 1-7 IX 1939 r.”: „Piechota niemiecka wsparta czterema czołgami zmusiła do odwrotu naszą 7. i 9. kompanię. Przełamanie polskiej obrony na północy miasta umożliwiło Niemcom przedostanie się do Ksawerowa. Zajmując stanowiska w Ksawerowie, na drodze odwrotu polskiej armii, Niemcy przeczekali aż przejedzie szpica cyklistów mająca ubezpieczać pułk od czoła i uderzyli przy wsparciu dywersantów (w skład dywersji wchodziło wielu pabianickich Niemców, którzy tuż przed wojną wyjechali do Rzeszy. Powracali jako przewodnicy żołnierzy, bądź rekrutowali się z tutejszej mniejszości)”.

Informacje te uzupełnia Zbigniew Gnat-Wieteska w pracy pt. „15. Pułk Piechoty Wilków”, pisząc: „Zajmujący Ksawerów, Niemcy przepuścili zwiad polskich cyklistów, wysadzili przepust na szosie w odległości 100-150 m od wioski, wystrzelili rakiety oświetlające i ostrzelali kolumnę główną silnym ogniem z broni maszynowej”.

Zanim padły pierwsze strzały, główna kolumna polskich wojsk zbliżała się do przystanku tramwajowego w Dąbrowie, gdzie drogę przegradzała barykada ustawiona na wysokości ogrodu Jana Wiesego. Dywersanci zbudowali ją pospiesznie z wywróconego konnego wozu, kilku warsztatów tkackich, szaf, stołów, krzeseł, ławek, desek i rozmaitego żelastwa. Żołnierze szybko uporali się z zawalidrogą, spychając wszystko do rowów. I pomaszerowali dalej.

Druga barykada piętrzyła się w pobliżu przystanku tramwajowego „Widzew-Żdżary” – na wysokości parkanu willi Hoffmana. Żołnierze już ją rozbierali, gdy niebo rozświetliły race i padły serie z ciężkich karabinów maszynowych. Strzelano z obu stron szosy pabianickiej - do ludzi i koni ciągnących działa przeciwpancerne oraz kuchnie polowe. Wybuchały granaty i moździerze.

Według Heleny Zalewskiej, mieszkanki Widzewa, pociski nadlatywały z co najmniej siedmiu stanowisk karabinów maszynowych ustawionych: w ruinach starego pieca cegielni Jana Wiesego (kilkanaście metrów od szosy), na froncie domu Hugona Stenzela, w oknach piętrowej kamienicy czynszowej Stanisława Loby obok przystanku „Teklin” (bez wiedzy gospodarza, Polaka, który wraz ze starszym synem kopał wówczas rowy przeciwczołgowe na przedmieściach Warszawy), w zabudowaniach Alfreda Hauzera przy „Lokalu” i budynkach gospodarczych Edwarda Johna w Kolonii Woli Zaradzyńskiej. Po stronie zachodniej strzelano z budynków oddalonych o kilkadziesiąt metrów od szosy i nieczynnego od kilku dni posterunku policji państwowej w domu Gila – po przeciwnej stronie drogi.

Czarno-białe zdjęcie przedstawiające piętrowy budynek

Por. Zenon Grottel także utrzymuje, że dwa ciężkie karabiny maszynowe zionęły ogniem z murowanego domu stojącego obok przystanku tramwajowego „Teklin” (na rogu dzisiejszych ulic Łódzkiej i Żeromskiego) – czyli w domu Stanisława Loby. Według Grottela jeden cekaem stał w oknie na parterze, wsparty na krośnie mieszkającego tam tkacza, a drugi - w oknie na piętrze. Tuż przed atakiem Niemcy wyprowadzili z domu wszystkich mieszkańców – rodziny tkaczy.

Stanowczo zaprzeczył temu syn właściciela domu, Henryk Loba, wówczas 13-letni chłopiec: - Lokatorów wcale nie wyprowadzili Niemcy, lecz Wojsko Polskie. Kazano nam opuścić mieszkania znacznie wcześniej, bo dzień przed wkroczeniem Niemców. W oknach domu polscy żołnierze zajęli stanowiska obronne. Przy budynku usypali okopy – w listopadzie 2001 roku opowiadał Loba. – Lokatorzy spali pod gołym niebem na polach wsi Gadka. Czy z domu zajętego przez polskich żołnierzy mogły paść strzały do polskiego wojska?!

Zaskoczeni żołnierze próbowali skryć się w rowach i zaroślach albo okopać na skraju szosy. Pierwsze serie zabiły 20-26 piechurów, raniły kilkunastu. Największe straty poniosła 5. kompania porucznika Stanisława Piechowicza, także rannego. Kule dosięgły żołnierzy, konie i cywilów uciekających za wojskiem. Wybuchła panika. Dowódca 3. batalionu, mjr Konrad Sadowski, próbował poderwać żołnierzy. Wydał rozkaz, by obeszli zasadzki z boku i zniszczyli stanowiska niemieckich cekaemów. Chwilę później major zginął. W rozsypce była 2. kompania cekaemów por. Szczepana Ochap-Lipińskiego.

Zdjęcie w sepii przedstawiające dwóch żołnierzy z karabinami leżących na trawie. W tle widoczne drzewa

„Jęk ludzi, trzask łamiących się wozów, kwik rozszalałych koni, tysiące pocisków, syczących jak osy, stworzyło atmosferę piekła. Pierwszym odruchem było uciekać, cofnąć się do lasu, oddalonego o kilometr od ziejących ogniem maszynek” – relacjonował ppor. Józef Nasiełowski. „Oddziały poczęły się mieszać, wozy łamać. W zamieszaniu usłyszałem donośny głos dowódcy pułku, majora Józefa Ratajczaka: Czołg do przodu! Dał się słyszeć warkot motoru i niemiecki czołg zdobyty pod Pabianicami a obsługiwany przez naszego szofera ruszył w kierunku ziejących ogniem luf”.

Zdobyczny Panzer 1 zniszczył dwa cekaemy wroga. Zaskoczeni Niemcy na chwilę wstrzymali ogień. Jednak szybko się opanowali i kule z ich karabinów rozbiły obydwa reflektory czołgu. Sierżant Walczak wycofał „oślepioną” maszynę.

Te same wydarzenia widziane z niemieckiej strony spisali oficerowie Wehrmachtu w książce „Fränkische Infanterie”. Przeczytamy tam: „Gdy w odległości 400 m wyłoniła się długa kolumna Polaków, nasi strzelcy dostali pozwolenie na otwarcie ognia. Straszny jest skutek działania karabinów maszynowych, które trafiły zaprzęgi. Konie rżą, ludzie krzyczą, próbują odczepić działo. Śmiertelnie trafiony polski major, dowodzący oddziałem, spada z konia. Polacy otwierają ogień z karabinów maszynowych. Wśród Niemców także padają zabici. W ciemności słychać dźwięki trąbki sygnałowej. To Polacy próbują skokami przedostać się na wschód. Podchodzą na odległość 20 m od naszych stanowisk. Obie strony rzucają granaty. Jeden z Niemców jest śmiertelnie ranny odłamkami”.

15. pułk „Wilków” stracił dziesiątki żołnierzy, artylerię, prawie cały tabor i konie zaprzęgowe. Dwie grupy piechurów przedarły się do Łodzi. „Z zasadzki udało się wyjść pojedynczym żołnierzom, których zbierano przez resztę nocy w Rudzie Pabianickiej” – pisał por. Zenon Grottel.

Ostatnie chwile walk w Ksawerowie zrelacjonował też Franz Kurowski, cytując w swej książce żołnierzy niemieckiego 55. pułku: „Do godziny 6:00 przeciwnik atakował dwa razy. Było coraz więcej rannych i zabitych. Rano z rowów wyszło około 40 Polaków z rękami w górze. Ogień ucichł. Powiewając  białą chustą, poddało się 150 kolejnych Polaków. Wśród nich czterech oficerów. Wreszcie dowódca pierwszej kompanii mógł zameldować szefowi batalionu: „Droga Pabianice – Łódź osiągnięta. Kolumna pojazdów zniszczona. Zdobyto 180 jeńców, 4 armaty i dużo karabinów maszynowych. Gdy dowódca pułku przyjechał do Ksawerowa, jeńców było już 230. Za ten atak kapitan Schulze, dowódca 1. batalionu 55. pułku, dostał Krzyż Żelazny”.

Zdjęcie w sepii przedstawiające grupę żołnierzy stojących na ulicy

Rannych żołnierzy znoszono do „Lokalu” przy szosie. Leżeli na stołach i podłodze. Nie było przy nich lekarza, lżejsze rany opatrywały starsze kobiety z Ksawerowa. Kilku żołnierzy zmarło z upływu krwi. Ciężko ranny był por. Antoni Władysław Wądolny, dowódca 9. baterii haubic, trafiony z bliska serią z pistoletu maszynowego.

Rankiem sołtys Edward (Arno) Heinrich próbował zebrać we wsi ochotników do wywożenia zabitych żołnierzy i uprzątania szosy. Chodził od domu do domu, stukał w okna. Zgłosiło się czterech. Z Pabianic przyszli Żydzi wynajęci przez gminę do kopania głębokich dołów na zwłoki 70 zastrzelonych koni. Zwierzęta grzebano za rowem szosy pabianickiej.

Ciała trzech szeregowców Wehrmachtu i kilku rannych Niemcy zabrali wojskową ciężarówką.

- Siedmiu poległych szeregowców zakopali w parku za willą Hoffmana – twierdził Henryk Loba. – Parę dni później zabrali stamtąd wszystkie ciała i wywieźli do Rzeszy.

 Poległych Polaków ksawerowianie układali na rowach przy szosie. Widziała to Helena Zalewska z Widzewa, która wiele lat później wspominała: „Mój ojciec poszedł na pobojowisko, by zebrać dokumenty, celem przekazania ich polskim władzom wojskowym. Poszłam i ja, jako pracownik gminy. Z nami dwóch Polaków. Szosa była usłana ciałami ludzi i koni, spływała krwią. Z rozbitych wózków i dział zwisały głowy, ręce, nogi żołnierzy i cywilów. Wokół połyskiwała rozrzucona amunicja do dział i karabinów. Z rozbitej kuchni polowej wypłynęła zupa, wypadły garnki i jedzenie”.

Zdjęcie w sepii przedstawiające pojazdy wojskowe na drodze wzdłuż torowiska

- Mój starszy brat, Zenon, natknął się w rowie na rannego polskiego żołnierza – wspomina Leon Kucharski z Ksawerowa, wówczas kilkuletni chłopiec. – Żołnierz miał na nodze okrwawiony bandaż. Prosił o coś do picia. Brat pobiegł do domu, mama dała mu dzbanek z mlekiem i Zenek wrócił z tym mlekiem do rannego. Żołnierz wypił wszystko. Był wycieńczony.

O spotkaniu z rannymi żołnierzami opowiadał też Henryk Loba:

- Gdy rankiem wróciliśmy do naszego domu, na wszystkich łóżkach leżeli polscy żołnierze. Jeden miał przestrzelone płuca, bardzo się męczył. Prosił, by dać mu granat, bo chce ze sobą skończyć. Nie daliśmy. Do szpitala zabrali ich Niemcy.

Około południa gospodarz Walenty Wołosz z Teklina przyprowadził furmankę wymoszczoną słomą. Układano na niej zwłoki polskich żołnierzy. Tego dnia Wołosz trzykrotnie woził poległych na cmentarz przy ulicy Kilińskiego w Pabianicach. Dwie furmanki przyprowadzili też gospodarze z Dąbrowy i Widzewa.

         319 polskich żołnierzy, którzy polegli pod Pabianicami, głównie w okolicach Chechła, Karolewa i Ksawerowa oraz podczas walk w mieście, pochowano w kwaterze nr 24. Szacuje się, że 60-80 z nich to polegli w zasadzce pod Ksawerowem. Byli młodymi ludźmi, jeszcze kilka dni temu, przed mobilizacją, mieszkającymi w rodzinnych domach w Radomiu, Kielcach, Puławach, Garwolinie, Warszawie oraz w wioskach na Mazowszu i Polesiu.

         W Ksawerowie zginęli m.in.: strzelec Edward Anczarski, starszy strzelec Stanisław Barański, strzelec Bolesław Baś, strzelec Mikołaj Błosiński, strzelec Franciszek Bukalski, strzelec Wacław Choduń, strzelec Andrzej Chomiak, strzelec Stanisław Czajka, strzelec Paweł Drewnowski, strzelec Władysław Duda, strzelec Kazimierz Dziuba, strzelec Teofil Frelek, strzelec Szaja Frydman, strzelec Jan Kakuła, strzelec Leon Kalota, strzelec Antoni Kęszczyk, strzelec Włodzimierz Kidkyj, strzelec Bolesław Korus, strzelec Stefan Mączka, podporucznik Marcin Plenkiewicz, strzelec Franciszek Pomykała, strzelec Paweł Prois, strzelec Edmund Ryll, major Karol Sadowski, strzelec Marian Sajda, strzelec Wacław Saszyński, starszy strzelec Stanisław Sobak, strzelec Dawid Szenker, strzelec Władysław Wachnicki, podporucznik Henryk Feliks Woźniak,

Podczas okupacji żołnierskimi mogiłami opiekowały się: Maria Remba, Józefa Rogowska i Bronisława Szymańska. Kwiaty na groby potajemnie przysyłały „Ogrody Widzewskie”.

Czarno-białe zdjęcie ulicy z widocznymi pozostałościami po walkach

Niemcy zdobyli Łódź i maszerowali na Warszawę, gdy w majątku Widzew znowu wylądowały samoloty. Tym razem były to transportowe maszyny Luftwaffe. Żołnierze sprawnie wyprowadzili z nich konie pociągowe, wytoczyli lekkie działa i dwuosobowe tankietki. Wynieśli też skrzynie z amunicją. Desant pojechał na wschód.

Rankiem 12 września w Widzewie zaroiło się od esesmanów i tajniaków. Ci pierwsi mieli odprawę, podczas której oficer wydał rozkazy i podzielił ich na grupy. Jedna grupa pomaszerowała do Ksawerowa. Tajniacy instalowali się w pałacu Kindlerów. Po południu oficer w stopniu sturmbannführera kazał wezwać niemieckich mieszkańców Widzewa, Ksawerowa, Rypułtowic i Woli Zaradzyńskiej – członków Jungdeutsche Partei i Deutscher Volksverband. Stawiło się 60 osób. Większość z nich kilka dni temu pomagała Wehrmachtowi strzelającemu w plecy wycofujących się polskich żołnierzy. „Piąta kolumna” dostała zadanie, by uważniej niż zwykle obserwować Polaków i podsłuchiwać, o czym rozmawiają. Żandarmi pospiesznie wysiedlili sześć polskich rodzin z gospodarstw w pobliskim Lublinku.

Tymczasem na otoczonym przez esesmanów polowym lotnisku w Widzewie wylądowały trzy samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Dopiero nazajutrz wyszło na jaw, że za pałacem w Widzewie faszyści szykowali zapasowe lotnisko dla samolotu wodza Trzeciej Rzeszy – Adolfa Hitlera.

Wizyta Hitlera pod Łodzią była ściśle tajna. Przygotowaniami do niej kierowało trzech oficerów SS i gestapo oraz dwóch generałów Wehrmachtu pod rozkazami 56-letniego Johannesa Albrechta Blaskowitza, dowódcy 8. Armii, która zdobyła Pabianice, Ksawerów i Łódź. Fϋhrer miał wylądować na Lublinku, gdzie czekał samochód z eskortą. Gdyby zaszły komplikacje, wiozący go Junkers wylądowałby przy pałacu w Widzewie. Taki był plan. Hitler zamierzał jechać stąd na północny-wschód, do niemieckich żołnierzy, którzy szykowali atak na stolicę Polski.

12 września z Berlina sprowadzono samochody wodza – pięć beżowych maszyn marki Mercedes G4, każdy na sześciu szerokich kołach. Przyjechała też obstawa: esesmani na motocyklach, dwa wojskowe wozy rozpoznania, samochód pancerny z działkiem przeciwlotniczym, samochód pancerny z działkiem przeciwczołgowym, cysterna z benzyną, furgonetka łączności i polowa kuchnia.

Rankiem 13 września fϋhrer zjadł śniadanie w pociągu pancernym „Amerika” stojącym pod Opolem. Potem przesiadł się do opancerzonego samolotu Junkers 52 i poleciał na Lublinek. Junkersa eskortowały myśliwce Luftwaffe. Na Lublinku Hitler przywitał się z generałem Blaskowitzem, po czym wsiadł do mercedesa. Silnie eskortowana kolumna aut wzięła kurs na Konstantynów, a stamtąd w okolice Strykowa, gdzie fϋhrer spotykał się z żołnierzami wykrwawionej 30. Dywizji Piechoty. Po zaciekłych bojach dywizja ta dotarła na odległość 90 km od Warszawy. Hitler przywiózł odznaczenia bojowe i upominki, odwiedził szpital polowy i zjadł żołnierski obiad. Przed wieczorem wrócił na Lublinek.

Zdjęcie w sepii przedstawiające wozy z żólnierzami Zdjęcie w sepii przedstawiające żołnierzy w galowych mundurach

Kolonię Ksawerów, Widzew, Teklin, Żdżary, Dąbrowę i Wolę Zaradzyńską okupanci włączyli do powiatu Łask w Kraju Warty. Przedwojenną ulicę Legionów, prowadzącą z Pabianic do granicy Ksawerowa, przemianowali na „Franz Xaver Schwarz Strasse” (ulicę reichsleitera, głównego skarbnika NSDAP). Szosa pabianicka nosiła nazwę Breslauer Strasse, wschodnia droga w Ksawerowie - Wilhelm Busch Strasse, droga zachodnia – Boterweg. Północną część wsi okupanci przyłączyli do Rudy Pabianickiej, zmieniając numerację domów. W widzewskim pałacu Kindlerów kwaterowało gestapo.

Rozpoczynała się okupacja.

- Późnym wieczorem, gdy ojciec poszedł palić pod kotłami, do naszego domu bez pukania wkroczył sąsiad, Niemiec. Miał karabin, czerwoną opaskę ze swastyką i minę zdobywcy świata – opowiada Janina Bartoszewska, córka ogrodnika Józefa Książkowskiego.

Wypytując o gospodarza, Niemiec przeglądał bibliotekę Polaków. Dał do zrozumienia, że nie podobają mu się angielskie książki syna ogrodnika, Stanisława. Chodził po mieszkaniu, zaglądał do szafek. Wyraźnie chciał tu zaprowadzić swoje porządki.

Żonie ogrodnika, Romualdzie Książkowskiej, udało się wymknąć z kuchni. Ostrzegła męża i pobiegła do innych sąsiadów - też Niemców, lecz życzliwych Polakom. Sąsiedzi pomogli wyprowadzić intruza. Wtedy Książkowscy zrozumieli, że ich dni w gospodarstwie są policzone - wspomina Janina Bartoszewska

Czarno-białe zdjęcie przedstawiające ciężarówki z żołnierzami i bronią

Fragment książki "Między Nerem a Dobrzynką. Dzieje Ksawerowa, Widzewa, Woli Zaradzyńskiej, Teklina, Żdżar, Dąbrowy, Nowej Gadki" wydanej przez Gminę Ksawerów.

Przypominamy o możliwości odbioru darmowego egzemplarza książki przez mieszkańców Gminy Ksawerów za okazaniem pierwszej strony rozliczenia PIT za 2021 r. w którym miejsce zamieszkania stanowi Gmina Ksawerów.

Po ksiązkę można zgłaszać się w pok. 305 III p. Urzędu Gminy Ksawerów.

ilość odwiedzin: - 125